sobota, 29 września 2012

Rozdział 1

   Leżałam senna na swoim łóżku, z rękami założonymi za głowę, w starym dresie i nierozciągniętej koszulce. Pomimo tego, iż była dopiero czwarta po południu, mnie już się chciało spać. Nawet do lekcji nie zamierzałam usiąść. I tak zawsze mogłam spisać wszystko od Hinaty. Dałaby mi je z pewnością, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. Może niektórzy wypomnieliby mi moje lenistwo, ale ja, po prostu, chciałam się zrelaksować spokojem, jaki dawał mi brak innych domowników. Tylko tego potrzebowałam.
   Kiedy już myślałam, że będę mogła upajać się tą błogą ciszą, jaka panowała w domu, poczułam wibracje mojego telefonu w prawej kieszeni dresów. Chciałam już to zignorować, bo szczerze nie miałam ochoty z nikim gadać. Niestety, ktoś naprawdę nie chciał mi odpuścić, więc mimowolnie odebrałam.
   - Halo? - mruknęłam ponuro i leniwie do słuchawki. Z tego wszystkiego nawet zapomniałam sprawdzić, kto do mnie zadzwonił.
   - Sakura? - głos mojego najlepszego przyjaciela, Naruto, poznałam od razu.
   - Hej - przywitałam się przez telefon. Uśmiechnęłam się. Pomimo mojej wczesnej niechęci, uwielbiałam rozmowy z Naruto. W końcu, znaliśmy się od przedszkola. On zawsze mi pomagał, a ja jemu. Dlatego też, byłam dumna, że mam takiego przyjaciela.
   - Matko, brzmisz tak, jak byś była schorowana - skomentował mój znudzony głos blondwłosy.
   - Nic dziwnego! Chemica tyle nam zadała, że mi też chce się rzygać! - usłyszałam zbulwersowany głos Ino w słuchawce.
   - Naruto, czy aby przypadkiem nie jesteś sam? - spytałam ironicznie.
   - Nie, nie jestem sam - odparł wesoło, kompletnie ignorując mój cynizm. - Wszyscy jesteśmy. Włączyłem cię na głośnik - przyznał.
   Nie wiedzieć czemu, ale uśmiechałam się coraz szerzej. To było takie "w stylu Naruto Uzumakiego"... A mimo to, lubiłam ten jego optymizm.
   - Wszyscy, czyli...
   - Ja, Sai, Shikamaru, Kiba, Chouji, Ino, Temari, Gaara, Hinata, Neji i Rock Lee - wymienił mi blondyn.
   - Wszyscy stoimy pod twoim oknem - usłyszałam leniwego Shikamaru.
   Momentalnie wstałam z łóżka, otworzyłam okno i wyjrzałam przez nie. O dziwo, mówili prawdę. Pod moim domem stała zgraja siedemnastolatków ( poza Temari, Nejim i Rockiem Lee, którzy jako osiemnastolatkowie stanowili najstarsze osoby w naszej paczce), czekających na mnie. Gdy tylko się wychyliłam znad okna, Ino zaczęła się drzeć wniebogłosy.
   - POSPIESZ SIĘ, WIELKIE CZOŁO! WYSKAKUJ Z TYCH STARYCH CIUCHÓW I WYCHODŻ Z TEGO DOMU!
   - A dokąd wy chcecie iść, co? - spytałam, zakładając kosmyki moich różowych włosów za lewe ucho.
   - Pomysł jest, by iść wspólnie do jakieś knajpki! - krzyknął Lee.
   - To jak? - spytał Chouji.
   - Idziesz, Sakura?
   - POSPIESZ SIĘ, WIELKIE CZOŁO!
   Zatrzasnęłam okno z hukiem i przewróciłam oczami. Miałam dwie opcje do wyboru - albo iść z nimi albo mieć na karku bandę rozwścieczonych nastolatków. Po dość głębokim namyśle uznałam, że to pierwsze będzie lepszym rozwiązaniem. Zresztą, doskonale wiedziałam, że ten wypad to był pomysł Naruto. Może reszta tego nie zauważyła, ale ja zdawałam sobie z sprawę z tego, iż miał on na celu wyrwanie mnie z domu. Uśmiechnęłam się w duchu. Mimo, że o to nie prosiłam, o o mnie pamiętał. Jak prawdziwy przyjaciel.
   Wyjęłam szybko z szafy jakąś czarną koszulkę oraz sprane dżinsy i włożyłam na siebie. Przyczesałam też swoje włosy i kwadrans później już schodziłam na dół do przyjaciół.
   - Sakura! - Lee ucieszył się na mój widok.
   - WIELKIE CZOŁO!
   - Daruj sobie, Ino - odparłam, piorunując blondynkę wzrokiem.
   Aż po dzień dzisiejszy ciężko było określić nasze relacje. Świetnie pasowałoby tu przysłowie "kto się czubi, ten się lubi", ale pewnie Ino by temu zaprzeczyła. Była moją przyjaciółką, w zasadzie pierwszą, jaką miałam, ale okres dorastania sprawił, że nie nadawałyśmy już na tych samych falach. Zresztą, osiem lat temu naszą przyjaźń przyćmiła kłótnia o jednego chłopaka... Teraz, jak na to patrzę, wydaje mi się głupotą i bezsensem. Bo po co walczyć o chłopaka, który nigdy nie patrzył na ciebie z jakimkolwiek ciepłem, zawsze ignorował twoje uczucia i mimo to, traktował cię tak chłodno, jakby nienawidził cię z całego serca?
   Chociaż... nawet pomimo tych cech, nie dało się nie przyznać, że był przystojny.... Ale jego wnętrze i tak było nic nie warte! Jedyne, czego żałowałam, to to, że uświadomiłam to sobie tuż po jego wyprowadzce z Konohy. A w jego wspomnieniach nadal byłam tą różowowłosą, nieszczęśliwie zakochaną trzynastolatką, rozpaczliwie wołającą "Sasuke-kun"...
   - A ty co się nie odzywasz, wielkie czoło? - pytanie Ino momentalnie wyrwało mnie z zamyślenia. - Naruto właśnie opowiada ciekawą historię, jak to przyłapał Shikamaru i Temari na randce...
   - To był tylko spacer - zaprzeczył Shikamaru.
   - Naruto, ty głąbie, naprawdę sądzisz, że umówiłabym się z kimś takim, jak ten leń? - spytała Temari, marszcząc brew. Blond włosy tylko przewrócił oczami i powiedział:
   - Na tym świecie wszystko jest możliwe.
   - Uwierz mi, nie wszystko - mruknęłam cicho pod nosem. Mimo tego, byłam pewna, że każdy usłyszał mój komentarz. 
   Szliśmy okołu dwudziestu minut. W tym czasie, Naruto i Kiba przekomarzali się, który z nich jest lepszy (nie ważne w czym, byle by jeden pobił drugiego i na odwrót), Hinata rozmawiała z Nejim, a Shikamaru, Chouji i Temari zachłannie dyskutowali o szkole (głownie Temari rozprawiała o tym, jak jest ciężko w klasie maturalnej). Rock Lee, jak zawsze, próbował obudzić w nas "wiosnę młodości", ale Tenten, Sai, Gaara i ja tylko spoglądaliśmy na niego ze zdziwieniem. Mimo to, Lee się nie poddawał - dlatego był pupilkiem pana Guya.
   Nim się spostrzegłam, znajdowaliśmy się wewnątrz knajpki z sushi (nie wiem kto o tym decydował). Każde z nas zaczęło rozglądać się za pustym stolikiem i... serce mi zamarło. Zresztą, nie tylko mi. Na samym końcu pomieszczenia, przy kwadratowym stoliczku dla dwóch osób siedział... ON. Ten sam, który BYŁ obiektem mych westchnień. Ten sam, co się nie liczył z moimi uczuciami. Ten sam, który swoim ignoranckim zachowaniem za każdym razem łamał mi serce.
   Zawsze myślałam, że gdy się wyprowadził cztery lata temu z Konohy, już więcej z moim życiu nie zawita. Myślałam, że już nigdy nie zobaczę tych jego kruczoczarnych, hipnotyzujących, magnetycznych oczy, hebanowych, rozczochranych (dop. aut. - przymiotnik będący sugestią przyjaciółki), zmierzwionych od wiatru włosów i tego muskularnego ciała o czysto mlecznej barwie.
   Myliłam się - jak zawsze zresztą.
   Naruto jednak miał rację - wszystko na tym świecie jest możliwe.